{reszta świata}
Korsyka - wyspa szczęśliwa
Śniło mi się, że umarłam. Pomijając szczegóły (np. że na tamten świat przeniósł mnie ogromny potwór morski), życie pozagrobowe charakteryzowało się wszechobecnym zimnem. Postacie w długich szatach, snujące się w zaświatach pokryte były szronem. Pierwszą moją reakcją jako istoty umarłej był żal, że już nigdy nie będzie tak ciepło jak na Korsyce. Ta śródziemnomorska wyspa jest dzika i górzysta; mimo, że w każde wakacje przeżywa istną inwazję turystów, pozostaje najbiedniejszym departamentem Francji. Słabo zaludniona (mniej niż 300 000 mieszkańców) w publikacjach podsumowywana jest dość pogardliwie jako „przedstawiająca słaby potencjał ekonomiczny”. Fakt faktem, głównym miejscem zatrudnienia miejscowych (a gdy tych zabraknie, tysięcy pracowników sezonowych z całej Europy) pozostają wszelkiej maści restauracje, kawiarnie, bary i dyskoteki - w tym największa w Europie Via Notte w ledwie 10-tysięcznym Porto Vecchio. Poza świadczeniem rozlicznych usług dla płacących w euro turystów na Korsyce liczba zajęć drastycznie się zawęża i w sumie pośród gór i lasów nad brzegiem Morza Śródziemnego nie ma nic do roboty. Ciężko się z tym nie zgodzić, ale w końcu nie samym potencjałem ekonomicznym człowiek żyje.

Spotkany późną nocą w barze Polak opowiadał o swoich planach (oczywiście był kelnerem, tak jak my wszyscy; jeśli nie byłby kelnerem, mógłby być ewentualnie barmanem, kucharzem lub sprzedawcą, jednak kelnerzy stanowili miażdżącą większość) - jeszcze nie teraz, jeszcze nie po tym sezonie, ale po następnym lub za dwa lata mój nowy znajomy planował przenieść się na wyspę na stałe. Pierwszą moją reakcją było idiotyczne pytanie „Dlaczego?!”. Spojrzał na mnie jak na głupią gęś. Zatoczył koło ręką. „Dlatego” - odpowiedział. Zastanowiłam się i doszłam do wniosku, że w sumie nie było się czemu dziwić.
Nie była to zresztą pierwsza taka deklaracja. Wielu Francuzów, ale nie tylko, decydowała się po kilku sezonach na osiedlenie się na Korsyce na stałe. Niektórzy mieszkali tak już dobrych kilka lat i chociaż wszyscy byli zgodni, że zimą wyspa sprawia wrażenie bezludnej, to żaden z nich tej decyzji nie żałował. Czego nam więcej do szczęścia potrzeba: woda, słońce i zapierające dech w piersiach widoki - miliony turystów nie mogły się mylić.

Prawda tkwiła jednak między wierszami; to nie klimat i krajobraz skłaniały tych ludzi do rzucenia tego, co nazywamy cywilizowanym światem, chociaż bez wątpienia ułatwiały podjęcie decyzji. Życie na wyspie kusi wolnością.
Ziemia wygnańców i uciekinierów, świadomych tego, że w portowych miasteczkach (do których zawsze dojazd wiąże się z pokonywaniem serpentyn górskich dróg, ciągnących się nieraz kilometrami nad urwiskiem - bez barierek!) nikt nie będzie ich szukał. Niektórzy z nich nie mieli innego wyjścia, inni właśnie za nic nie chcieli być znalezieni. W większości przypadków są to wspaniali ludzie, umiejący czerpać przyjemność z życia i cieszyć się chwilą. Takim do szczęścia faktycznie wystarczy bezkres nieba nad głową i pozwalająca wyżyć praca, nie bardzo zaprzątają sobie głowę kryzysem ekonomicznym i zdobywaniem kolejnych punktów w Curriculum Vitae. Uśmiechy mają może czasem trochę wybrakowane i nie śnieżnobiałe, ale za to szczere i zaraźliwe. Większość z nich jest podziurawiona kolczykami i nosi wiekowe, rozmazane już lekko tatuaże. Część z nich jest tutaj, bo na kontynencie szuka ich policja. Nikogo nie zabili ani nie okradli, mówią, ale ciut za dobrze się bawili w życiu. Inni oddzielili się dwustoma kilometrami morza od narkotykowej przeszłości i mają ciągle nadzieję, że w nowym życiu uda im się poprzestać na wszechobecnych marokańskich skrętach. Rodziny z dziećmi, starsze małżeństwa i grupy przyjaciół spędzają tam dwa tygodnie wywalczonego ciężko urlopu i ani myślą zostawać na zawsze; nic ich zresztą do tego nie zmusza.

Moi uciekinierzy nie zauważają jednej rzeczy - ta wolność, kiedy każdy może wszystko na małej, włosko-francuskiej wyspie rozgrywa się… właśnie, na wyspie. A na wyspie ciężko kogoś znaleźć czy dogonić, zgoda. Ale z drugiej strony, ciężko się wydostać, bo wszędzie dookoła góry albo morze. Z tym, że taki był cel wszystkich tych ucieczek - spalić za sobą mosty i wyłączyć telefony. Co zresztą za pożytek z telefonów, gdy zasięg pada co i rusz…
txt, fot. Kasia Kryśków
dodaj komentarz
Piekny tekst, taki prawdziwy! Spedzilam dwa okresy wakacyjne na Mallorce, moglabym napisac dokladnie to samo... Sama prawda! Pozdrawiam