facebook twitter LinkedIn

{Poznań - felietoniki}

23/09/2009

Do pracy, poznaniacy!

laptopPaździernik to czas przebudzenia z głębokiego snu. Wakacje minęły, czas rozruszać stawy i przygotować się do kilkumiesięcznej aktywności. Rozpoczyna się rok akademicki, a każdy przedsiębiorczy student marzy o dorywczej pracy, by zdobyć środki na drobne przyjemności. Tegoroczny absolwent także oddaje się poszukiwaniom zajęcia godnego tytułu...

na który ciężko pracował przez całe 5 lat.

Przeczytałam mnóstwo ofert internetowych, zarówno tych poważnych, jak i niepoważnych, i co się okazało? Ano pracy w Poznaniu mamy w bród, a mówią, że kryzys, redukcje i drastyczne spadki płac. Nieprawda!

Pomysłowość ludzka nie zna granic. Asystentka prezesa nie może mierzyć mniej niż 170 cm, musi być „całkowicie oddana szefowi", być na każde jego zawołanie. Kilka anonsów niżej, pani, rocznik 1985, poszukuje pana do pomocy przy złożeniu kompletu mebli, zapłaci dużo, pod warunkiem, że zatrudniony prześle jej swoje zdjęcie i zobliguje się do wykonania wszystkich czynności w stroju... Adama. Gdzie indziej z kolei pierwszoroczna studentka zaoczna poszukuje dojrzałego pana, który za określone usługi seksualne opłaci jej mieszkanie i kupi trochę sprzętu AGD/RTV, zabierze do kina, na kolację.

Sama miałam okazję uczestniczyć w jednym ze spotkań rekrutacyjnych, trochę z ciekawości, trochę z absolwenckiej chęci zmiany życia na odrobinę lepsze. Ogłoszenie takie, jak większość: do pracy przyjmę na stanowisko - asystent, doradca klienta, ewentualnie pracownik biurowy. Tryb do wyboru - na stałe lub dorywczo. Co ciekawe, brakuje informacji na temat oczekiwań względem kandydatów, nie jest ważne wykształcenie ani umiejętności. A jeśli coś jest dla każdego to jest do... niczego. Ale do rzeczy...

work_girl

Biuro w kamienicy, ścisłe centrum Poznania. Siedzimy. 15, może 18 osób w małym pokoju. Niegdyś białe ściany straszą teraz szarością, wyposażenie wnętrza raczej skromne - krzesła, gablotka z asortymentem, zadeptany dywanik, kilka plakatów informacyjnych, dwoje gości zaproszonych, by pokazali jaka to praca ciekawa i jakie duże pieniądze można zarobić przy stosunkowo niedużej aktywności. Co poza tym? Pani prowadząca ponad półgodzinne spotkanie jest zahartowana w boju i recytuje niemal z pamięci formułki o zaletach pracy, rysując na tablicy wykresy wzrostu zarobków w miarę wzrostu długości zatrudnienia - zapewne dla wzmocnienia naszych wrażeń. Ubrana jest na biało, jej koszulowa bluzka sprytnie udaje lekarski kitel. Wszystko pięknie. Dodatkowo zostajemy poinformowani, że zajadając codziennie na śniadanie pewne pastylki unikniemy zachorowań na choroby cywilizacyjne, a jeśli mamy problemy z nadwagą lub też z niedowagą to pozwolą nam one schudnąć lub „zgrubnąć" w zależności od potrzeb. Nawet zdrowa osoba w takim towarzystwie nie poczuje się dyskryminowana. Tak! Są pastylki dla zdrowych! Aby ich aktualny stan nie uległ pogorszeniu. Pytanie tylko, kto to łyknie?

Opuściłam to szanowne grono przed drugą turą „negocjacji" z wrażeniem, że lepiej namówić otyłą osobę do zażycia pigułki niż do kupna karnetu na aerobik. Na bolączki bulimiczki nie pomoże psychiatra, wystarczy mała tabletka tuż przed poranną turą wymiotów. Wraz ze mną z „biura" wyszły dwie osoby, w tym jedna, która z trudem tłumiła śmiech w trakcie prezentacji. I my niby mielibyśmy namawiać ludzi do tego, by kupowali te magiczne suplementy?

Rozeszliśmy się bez słowa, wróciliśmy do swych domów, odpaliliśmy komputery i ruszyliśmy na przegląd nowych ofert pracy. Być może szczęście w końcu się do nas uśmiechnie...

txt. Ewa Młynarczyk

fot. sxc.hu

facebook twitter LinkedIn
dodaj komentarz

dodaj komentarz

wpisz kod z obrazka
Przepisz kod z obrazka:
Twoje imię(*):
Adres email:
Komentarz(*):
 

szukaj: