{czytanki}
Ile teatru w Teatrze Telewizji?
Przedstawienia teatralne, jakie miałam okazję oglądać w Teatrze Telewizji, zawsze budziły we mnie pewien niepokój. Źródeł tego niepokoju długo nie mogłam ani określić, ani tym bardziej zneutralizować. Na pierwszy rzut oka wszystko wydaje się w porządku...
...oto istnieje przede mną jakaś materia, techniczne urządzenie transmitujące dźwięki i ruchome obrazy, mam do dyspozycji wygodne miejsce do siedzenia oraz strój nie krępujący ruchów. Mam też ciekawość, która sprawia, że postanawiam wytrwać dzielnie i nie przeskakiwać z jednego kanału na drugi aż do zakończenia emisji programu. Mimo wszystkich tych „udogodnień" bezpieczeństwo zacisza domowego okazuje się pozorne. W związku z powyższym wydaje mi się zasadne postawienie pytania o to, kiedy czar, wynikający z obcowania ze spektaklem teatralnym za pośrednictwem odbiornika telewizyjnego, pryska.
Postaram się dowieść, że wynalazek, jakim jest Teatr Telewizyjny, nie powinien konkurować z teatrem Prawdziwym, w którym stykają się ludzkie potencjały, a do interakcji widza z aktorem dochodzi w sposób namacalny. Co więcej, taki „teatr" nie powinien stanowić ani środka zastępczego, ani swoistej rekompensaty dla tych widzów, którym różne okoliczności uniemożliwiają obejrzenie zdarzenia teatralnego „na żywo".
Aktywna partycypacja jest, moim zdaniem, elementem koniecznym, by w pełni doświadczyć przebiegu zdarzenia teatralnego. Rozumiem przez nią jednoczesne zaangażowanie dwóch stron (zarówno widza jak i aktora) w kreowanie przedstawienia, w wytworzenie specyficznej relacji w tym samym miejscu i czasie. Takiej partycypacji brakuje, gdy mamy do czynienia z Teatrem Telewizji, bo gdy światła rampy zostają zastąpione blaskiem szklanego ekranu, widz okazuje się totalnie odseparowany od sytuacji dramatycznej. To totalne oddalenie przeczy prawu „tu i teraz" i sprawia, że relacja widz - aktor staje się niemożliwa do spełnienia. Widz może liczyć jedynie na siebie. Gdy zabraknie mu silnej woli, zwyczajnie i bez żadnych konsekwencji zmieni kanał telewizyjny i nikt nie spojrzy na niego krzywo jak na kogoś, kto w trakcie spektaklu ostentacyjnie opuszcza szeregi widowni.

Równie interesująca wydaje się kwestia postrzegania tego, co dzieje się na scenie i tego, co dzieje się na ekranie. Widz telewizyjny ma podane wszystko jak na tacy. Nie musi martwić się o to, że siedzący na wprost niego inny widz zasłania mu swą posturą część sceny lub że osobnik będący tuż za nim zmaga się z atakiem kaszlu, bo i takie sytuacje się zdarzają. Widz telewizyjny to widz wygodny i dopieszczony przez otoczenie oraz liczne udogodnienia techniczne - zbliżenia, nakierowanie oka kamery na detal i tym podobne - które zwalniają go z konieczności ciągłego skupiania uwagi na przebiegu akcji scenicznej, a nawet, jak sugeruje Patrice Pavis, mają wpływ na sposób interpretowania dzieła teatralnego i jego ostateczną wymowę(1). Co więcej, możliwość zarejestrowania przedstawienia teatralnego na nośniku wideomagnetycznym implikuje perspektywę odtwarzania go w dowolnym miejscu i czasie w zależności od potrzeb. Mimo wszystko będzie to ciągle jedno i to samo przedstawienie. Oko kamery pokaże to, co konieczne i wystarczające. Oko telewidza, godząc się na to, zrezygnuje ze wścibskiej penetracji, którą mogą podjąć i wykorzystać widzowie obecni w trakcie trwania spektaklu. Wynika z tego jasno i będę się przy tym upierać, że telewidz, ośmielam się go nazwać widzem kanapowym, nie doświadcza tego samego teatru, co widz obcujący z aktorami jednocześnie i bezpośrednio. Nie jest mu dane przeżywanie jawnej, ludzkiej obecności i specyficznej wspólnoty, która doznaje tej niezwykłej efemerydy, jaką jest teatr właśnie.
Teatr, posługując się medium telewizyjnym, wyrzeka się swojej odrębności, a stanowi ją bez wątpienia (i niewielu może to zakwestionować) niepowtarzalność zdarzeń scenicznych. Ta pewność, że jestem świadkiem czegoś osobliwego, czegoś, co zdarza się tylko raz i jest dane kilkunastu czy kilkudziesięciu osobom oraz odświętność sytuacji, poczucie powagi, że za chwilę dokona się coś niebywałego, są czymś co przyciąga i każe powracać. Przypuszczam, że powrót do kopii przedstawienia pozbawiony elementu niespodzianki i atmosfery święta, nie będzie równie fascynujący co spektakl przeżywany na żywo. Więcej - stanie się obrazem filmowym, zagranym bez potknięć i niespodzianek, a więc mówienie o nim w kontekście teatralnym będzie zdecydowanie nie na miejscu.
Jesienne propozycje Teatru Telewizji nie unikają tematów maglowanych wielokrotnie i do znudzenia. W programie znajdziemy więc historie z Urzędem Bezpieczeństwa, aktami, tajnymi współpracownikami, AK i całą polską martyrologią w tle. Powiew świeżości przejawi się głównie w obsadzie - na ekranie widzowie zobaczą m.in. Piotra Adamczyka, Mateusza Damięckiego, Magdalenę Cielecką, Piotra Machalicę, Jacka Braciaka czy Martę Żmudę Trzebiatowską. Być może ten zabieg ma na celu przekonanie młodszej części telewidzów do nietypowej rozrywki... W serii „Scena Świata" najbardziej interesujący wydaje się spektakl „Kupiec wenecki", tu w głównych rolach polscy widzowie zobaczą Ala Pacino i Jeremy'ego Irons'a. Biorąc pod uwagę czas emisji tych spektakli nie mogę oprzeć się pytaniu o to, jaki odsetek widzów da się przekonać do omawianej formy, mając do wyboru chociażby show Szymona Majewskiego w TVN czy publicystykę Tomasza Lisa w telewizyjnej Dwójce...
Ale czas już wrócić do mojej tezy: czar obcowania ze zdarzeniem teatralnym pryska już w chwili wyboru sposobu partycypacji - albo zostaję sam na sam z odbiornikiem telewizyjnym, albo wybieram wyjście w przestrzeń, do ludzi, by wraz z nimi wziąć udział w stawaniu się dzieła teatralnego. Medium zapośredniczające mój odbiór pozbawia mnie namacalnego uczestnictwa, czyni mnie biernym odbiorcą, który nie może mieć na nic wpływu. Co prawda może wyrazić, choćby pisemnie, aprobatę lub niezadowolenie, ale zawsze ze swoim przeżyciem będzie sam. Reszta i tak jest milczeniem...
--
(1)Patrice Pavis, Słownik terminów teatralnych, Wrocław 1998, str. 559.
txt. Ewa Młynarczyk
Linki:
http://www.tvp.pl/kultura/teatr/teatr-telewizji
dodaj komentarz