{Poznań - felietoniki}
Otwarta kwestia otwarcia
Doświadczenie pokazuje, że rok bez nowej galerii handlowej to rok stracony. Na szczęście dla nas i nieszczęście dla osaczonego ogółu - nie tylko w Poznaniu. Niezawodnym znakiem nadchodzącej wiosny (oprócz przebiśniegów, Dnia Wagarowicza i z rozmachem zakrojonej akcji mycia okien w instytucjach państwowych), stały się billboardy... z nieubłaganie zbliżającą się datą otwarcia. Na billboardy niezdrową ekscytacją reagują nie tylko zakupoholiczki, ale też większość przeciętnych Kowalskich i Nowaków, którzy o godzinie zero wyznaczonego dnia, świeżą i pachnącą galerię zdobywają szturmem, porywając wszystko, co tylko stanie im na drodze, z hostessami włącznie.
Pytań nasuwa mi się co najmniej kilkadziesiąt, a dezorientacja przekracza granice. Primo, za co ludność pustoszy te wszystkie sklepy? Sklepów w galerii handlowej jest zwykle bardzo dużo, im więcej, tym lepiej, a i ceny do okazyjnych nie należą (albo inaczej: należą przez kilka godzin dwa razy do roku, dopóki rozszalały motłoch nie rozniesie wyprzedaży posezonowych w puch). Co gorsza, podobno dookoła szaleje kryzys i lada dzień wszyscy zbiedniejemy widocznie, a na obiad będziemy jeść brukiew i marzyć o plasterku szynki przy niedzieli. Sumując wszystkie te niesprzyjające czynniki (przy czym kryzys w tej chwili uznałabym za zjawisko dotykające zwłaszcza radio, telewizję i prasę, która o niczym innym już mówić nie potrafi) podejrzenie, że i dziesięć nowych galerii handlowych w mieście na brak klienteli by nie narzekało, wydaje się odrobinę sprzeczne z logiką. Co nie znaczy, że jest bezpodstawne - wręcz przeciwnie. I tu pospieszyć trzeba z wyjaśnieniem, że nadchodząca przerwa wielkanocna nie jest długim weekendem stworzonym po to, żeby ci co bardziej zabiegani w spokoju zdążyli pokupować to i owo. W dawnych, zamierzchłych czasach było to ważne chrześcijańskie święto. Teraz, jak pokazują badania przeprowadzone w Wielkiej Brytanii jego rola odrobinę ewoluuje, a ankietowani najczęściej oscylują w odpowiedziach między świętem wiosny a urodzinami Chrystusa. No niech i tak będzie - prawie wiedzą, co świętują.

Po drugie, w czasach żarłocznej popkultury smutną prawdą jest, że euforię, niewyobrażalną przy innym wydarzeniu, powoduje nie święto chrześcijańskie, nie święto wiosny albo możliwość spotkania z rodziną, ale otwarcie ni mniej, ni więcej tylko centrum handlowego czyli miejsca, gdzie za określoną ilość pieniędzy otrzymujemy przedmioty. Zdecydowanej większości z nas zdecydowana większość tych przedmiotów zdecydowanie nie jest potrzebna. Realizujemy się więc jako homo sapiens, człowiek myślący, biegając z obłędem w oczach miedzy stertami rzeczy i pragnąc wszystkie natychmiast, za wszelką cenę zabrać ze sobą. Zastanawiam się, czy po to była cała ta ewolucja. A jeżeli tak, to o co tyle hałasu? Proszę wybaczyć zgorzkniałość i wsteczność, ale jakoś nie umiem wyobrazić sobie pospolitego ruszenia na wieść, że oto w Poznaniu otwierają nowy teatr.
Marilyn Monroe mawiała, że szczęście dają dopiero zakupy, a nie pieniądze. Czy musieliśmy jednak wziąć sobie do serca jej słowa aż tak bardzo, by wszelkie inne przyjemności zepchnąć na dalszy plan i utknąć na dobre w klimatyzowanych alejkach?
txt. Kasia Kryśków
fot. sxc.hu
dodaj komentarz
poziom tego tekstu, pomysł, styl. bardzo słaby. autorce nie gratuluję:)