{Poznań - felietoniki}

21/03/2009

Zmajstrować własną orkiestrę

gitaraGrać? Nie grać? Co i z kim? Skąd instrumenty, gdzie znaleźć salkę, kiedy pierwsze demo? Te pytania zadaje sobie przynajmniej kilkaset młodych ludzi z Poznania i okolic. Co by nie patrzeć, stolica Wielkopolski undergroundem stoi. Prawie każdy uczeń LO czy student nie raz miał sposobność poznać jakiegoś młodocianego muzykanta, o ile sam nim nie był.

Ten nie raz po latach ćwiczeń okazywał się być muzykiem. Dziś o powodach, trudnościach i radościach majstrowania własnej orkiestry. Autor tego tekstu pisze z autopsji.

W poprzednim ustroju, podobnie jak i wszystko, muzyka była reglamentowana. Wykonawcy upodobani władzy mogli liczyć na tournee po NRD, oryginalny wzmacniacz Masrhall'owski (nawet w Pewexie - nie do dostania!), czy też świetną promocję na festiwalu w Opolu, Sopocie, bądź też festiwalu piosenki radzieckiej w Zielonej Górze. Obok fasadowej, uległej ustrojowi scenie muzycznej zaczęła się wkrótce organizować scena alternatywna. Jej powstanie zdeterminowały dwa czynniki. Pierwszy był oczywisty - żelazna kurtyna nie była dostatecznie szczelna i raz co raz jakiś kolega skołował z Reichu nagrania Pink Floyd, Led Zeppelin, czy później - Metalliki. Chłonna nowych treści i dźwięków młodzież łykała wszystko. Drugim było ciche przyzwolenie władzy - kacyki z PZPR liczyły na zmiękczenie ideowe młodzieży poprzez ich zaangażowanie w underground kulturowy - nie polityczny. Jako że hipisi, po nich rockersi, po nich punkowcy, kontestowali kapitalizm, liczono się z możliwością skopiowania tych postaw w kraju. Rock okazał się być jednak buntem nie przeciwko jednemu, danemu ustrojowi, lecz temu, w którym dany odbiorca akurat żył.

band

Pakt z diabłem w 1989 roku umożliwił uchylenie okiennic na świat zachodni. Wraz z gumami do żucia, podpaskami always, telewizorami Philips i autami mieszczącymi pięcioosobową rodzinę, na rynku polskim na masową skalę pojawiły się kasety, płyty, a przede wszystkim - instrumenty i sprzęt służący ich nagłośnieniu. Powoli średnie zarobki dobiły do cen zachodnich dostawców i wraz z tradycyjną polską oszczędnością umożliwiły polskim grajkom wejście w posiadanie takiego sprzętu, jakim dysponuje ich kolega z Niemiec, bądź Wielkiej Brytanii. Zaczęło się masowe granie.

Przyczyn dla których młodzi ludzie sięgają po instrument jest wiele; od banalnej chęci lansu, poprzez realizację gimnazjalnego marzenia o wielkiej karierze i stadionowych trasach, aż po rzeczywistą i jak najbardziej szlachetną chęć realizacji jakiejś artystycznej wizji, w której to liczba i reakcja odbiorców nie gra roli. Są dwa typowe początki; pierwszy przewiduje, że wchodzimy w posiadanie instrumentu, szlifujemy warsztat i po długim czasie decydujemy się podczepić pod zespół już stworzony. Druga opcja jest taka, że pierworodną próbę zaliczamy już kilka dni, czy tygodni po dziewiczym wpięciu kabla we wzmacniacz. Przypomina to trochę szkołę rodzenia; koledzy nabywają umiejętności niemal wespół i progres każdego pojedynczego z nich stymuluje pozostałych do większego wysiłku.

Gdy zespół już zrobi niejeden cover i kilka własnych piosenek zaczyna się rozglądać za stosowną koncertownią. Obok kilkunastu pubów wielkie zasługi ma Bazyl. U Bazyla zaczynał prawie każdy i prawie każdy zagrał tam choć raz. Skromną gabarytowo scenę wygładziła już niejedna stopa. Mimo nienajlepszego soundu ten lokal to świetne miejsce, by nabrać doświadczenia i ogłady scenicznej.

Kolejnym ważnym rozdziałem jest demo. W zależności od kiejdy i poziomu zespoły decydują się na dane, konkretne studio. Przy braku znajomości i wobec dziurawego portfela często własna sala prób musi okazać się amatorskim Abbey Road, a kolega z laptopem Rickiem Rubinem undergroundu. Gdy ktoś dysponuje pewnymi oszczędnościami, może pozwolić sobie na coraz więcej. Stawki są różne i zależne od różnych czynników; jedni realizatorzy biorą za godzinę, inni w zależności od długości nagranego materiału, wreszcie jeszcze inni - za piosenkę (bez względu na to ile ona trwa!).

gitara

Demo bywa biletem wstępu na jeden z kilkudziesięciu przeglądów mających miejsce zazwyczaj latem i odbywających się na terenie prawie całej RP. Taśmowo jury i słuchacze rozprawiają się z przybyłymi często z drugiej strony kraju grupami. 15 minut, następny proszę, 15 minut, następny... Świetna szkoła szybkiego się ustawiania (odsłuch wokalu troszkę w przód poproszę). Nagrody nie są imponujące, zazwyczaj wygrywa je zespół znany i lubiany w okolicy. Mimo wszystko jest to świetna okazja do zawarcia kilku znajomości i namiastki wymarzonej możliwości masowego szerzenia anarchii, Szatana, czy też pokoju na świecie w ramach trasy koncertowej.

Koniec dla większości jest podobny; żona, studia, czasochłonna praca wkrótce odbierają chęć do grania. Dla niektórych raz na zawsze. O ile dla jednych moment sprzedania gitary jest chwilą, gdy porzuca się ideały, dla innych jest to rodzaj laickiego bierzmowania; moment wejścia w dorosłość. Mniejszość decyduje się grać do końca świata i czyni to hobbystycznie. Mała garść wkrótce zaczyna żyć z grania. Tak czy inaczej, nie sposób wynaleźć człowieka, który kiedyś zmajstrował własną orkiestrę i dziś nie wspomina tego z choćby odrobiną sentymentu.

txt. Michał F. Lisewski

fot. sxc.hu

dodaj komentarz

dodaj komentarz

This is a captcha-picture. It is used to prevent mass-access by robots. (see: www.captcha.net)
Przepisz kod z obrazka:
Twoje imię(*):
Adres email:
Komentarz(*):
 

szukaj: