facebook twitter LinkedIn

{reszta świata}

19/09/2008

Szlakami Ukrainy

ukrainaJest wczesna wiosna - przyroda w Karpatach dopiero budzi się z zimowego snu. Podobnie jak ludzie - którzy teraz wydają się być aktywni i jakby weselsi. Libuchora - niezwykłe miejsce w samym sercu Ukraińskich Bieszczad Wschodnich - tuż u stóp najwyższego szczytu Pikuja.

 

Dane mi było miejsce to odwiedzić dwa razy i za każdym razem musiałam odpowiadać na pytania bliższych i dalszych znajomych - po co jadę do tej zapomnianej przez świat wioski?

Nie mam tu ani prostej ani szybkiej odpowiedzi - bo równie dobrze moglibyśmy zadać sobie pytanie - po co w ogóle podróżujemy? Stykamy się z tym co dla nas obce i nieznane? Czym oczarowała mnie Libuchora? To jedno z tych miejsc, gdzie życie człowieka jest w pełni uzależnione od przyrody.

Góry - te piękne połoniny otaczające ją z każdej strony są dla mieszkańców wioski czymś tak naturalnym, że wręcz niezauważalnym. Ze zdziwieniem przyglądają się turystom - głównie z Polski, którzy z zapałem przemierzają ich szczyty. Miejscowi w góry udają się rzadko - aby wypić ze znajomymi butelkę samogonki, jadąc po drewno (zwykle nielegalnie), czy po jagody. W przeszłości - w okresie działania we wsi kołchozu było to jedyne miejsce, gdzie można było wypasać własne bydło. Nikt tutaj nie chodzi rekreacyjnie w góry - nie ma takiej potrzeby.

ukraina

Do Libuchory również nie przyjechałam turystycznie - moim celem było poznanie jej mieszkańców. Przez wspólne życie pod jednym dachem z moimi ukraińskimi gospodarzami szukałam odpowiedzi na pytanie jak żyją współcześni mieszkańcy karpackich wiosek. W wyobraźni nosiłam bogate opisy kultur górali zamieszkujących Karpaty - Bojków, Łemków czy Hucułów. Opisywane barwne stroje, pożywienie czy budownictwo. 

Konfrontacja z rzeczywistością była jednak ciężka. O czymś takim jak strój ludowy nikt tutaj nie słyszał, lokalne potrawy - składały się głównie z ziemniaków - które jada się na śniadanie, obiad i kolacje najczęściej z czerstwym chlebem. Nie ma tutaj lokalnych przysmaków - no może co dla niektórych jest nim wspomniana samogonka - wódka domowej roboty. Co było w zamian? Ogromna bieda tych ludzi. W tej wiosce oddalonej o 50 km od najbliższego miasta nie ma oprócz szkoły miejsc pracy, każdy żyje z tego, co sam wyprodukuje i ewentualnie dostanie od państwa. Górna część wioski jest praktycznie odcięta od świata. Brak tu drogi - w okresie deszczów zamienia się w błotnistą rzekę. Nie ma pieniędzy na remont. Obok starych drewnianych chat pod strzechą stawia się tutaj nowe, piętrowe domy, w których jednak nadal brak łazienki czy toalety. Podejście do higieny jest tu zupełnie inne. 

ukraina

To co przede wszystkim przyciąga mnie w Libuchorze to ludzie. Ludzie, którzy w tych ciężkich warunkach nauczyli się żyć. Kiedy drogą spływa lawina błota przed wejściem do cerkwi każdy wchodzi do rzeki i myje buty (co odkryłam po jakimś czasie - nie rozumiejąc jak to jest, że zawsze mają w środku czyste). Libuchora dla mnie to co sobotnie potańcówki w miejscowym klubie Proswita gdzie młodzież tańczy polki, walce i kołomyjki. A ja stoję obok i odmawiam kolejnego tańca - bo po prostu tego nie umiem. Dla miejscowych jest to podstawowa wiedza. Tak jak śpiew i granie na instrumentach - głównie na skrzypcach i akordeonie, co każdy w domowym zaciszu praktykuje. Niegdyś istniał tu ludowy zespół muzyczny - obecnie jedynie pare kobiet dalej śpiewa pieśni przekazane im jeszcze przez rodziców.

Obowiązkowym co tygodniowym zadaniem jest tu obecność na meczu miejscowej drużyny piłkarskiej. Gdzie na nierównym boisku toczy się zacięta walka między sąsiednimi wioskami - o dziwo bardziej przeżywana przez kobiety - aktywnych obserwatorów, niż samych piłkarzy.

ukraina

Mimo biedy - każdy ugości Cię w domu czym tylko może i zaoferuje nocleg. Przez wspólne mieszkanie z moimi ukraińskimi gospodarzami przekonałam się co to znaczy, kiedy w domu to mężczyźni siadają do stołu, a kobiety już niekoniecznie. Ich miejsce jest gdzie indziej. Swoje miejsce jako kobiety miejscowi dawali mi odczuć bardzo często.

Libuchorę odkrywałam małymi krokami - często poprzez frustrację i gniew, że oto kolejny raz czegoś nie rozumiem. Z jednej strony bowiem Ci ludzie są tacy sami jak ja bawią ich te same rzeczy, dzień wygląda tak bardzo podobnie - ale z drugiej strony są zupełnie inni - inne relacje panują w domu między domownikami, kobieta tutaj ma inny niż znany mi status, mają inny stosunek do higieny i pożywienia. Wszystkich różnic nie sposób tu wymienić. Bo i nie o to tu chodzi. Każdy musi sam odkryć dla siebie miejsce.

ukraina

Nie chciałam upiększać Libuchory. Życie tutaj nie jest łatwe, bo i nie jest łatwym na jakiś czas pozbyć się własnych przyzwyczajeń i spróbować czegoś zupełnie innego - nie zawsze dla nas lepszego. To właśnie w tej jednej z wielu jej podobnych wiosek w ukraińskich Karpatach, pośród zwykłych ludzi poznawałam na czym polega uczenie się innej kultury - ciągły proces wyzbywania się własnych nawyków i przyzwyczajeń na rzecz otwartości na drugiego człowieka i potrzeby zrozumienia. I to wystarczy aby ludzie wprowadzili Cię do własnego świata. 

Każdemu polecam - jak będzie przemierzał ukraińskie połoniny, niech zejdzie do choć jednej wioski. Spróbuje zostać w niej na jakiś czas, zamieszkać z miejscowymi - jeść to co oni, żyć rytmem ich dnia, bawić się - nie trzeba o nic pytać, wystarczy dobrze obserwować a gwarantuje, że pozna prawdziwy urok tych gór i poczuje sobie tylko znaną miejscową atmosferę - nie do opisania w książkach czy przewodnikach.

txt, fot. Karolina Koziura 

Więcej zdjęć w GALERII.

facebook twitter LinkedIn
dodaj komentarz

dodaj komentarz

wpisz kod z obrazka
Przepisz kod z obrazka:
Twoje imię(*):
Adres email:
Komentarz(*):
 

szukaj: