{czytanki}
Tramwaj nr 1
Kiedy stanąłem w łazience przed lustrem, ujrzałem wychudzonego dziada z gęstą, lekko posiwiałą brodą i długimi, kręconymi włosami. Musiało minąć sporo czasu. Moje mieszkanie przypominało teraz pole bitwy, które stygło po niedawnej wrzawie walki.
Na dalekim horyzoncie odległych obszarów pokoju dostrzegłem porzucone zbroje od dawna nie sprzątanych ubrań i gęste płachty krzyżowych pajęczyn okrywających zburzone mury książek i czasopism. Byłem Mistrzem patrzącym na dzieło zniszczenia. W powietrzu unosił się jeszcze zapach prochu zmieszany z wonią dogorywającego procesu stopniowej utraty świadomości. Chyba zbyt gwałtownie podniosłem się ze swojego legowiska, bo po wstępnych oględzinach runąłem plackiem na ziemię tracąc przytomność.
Obudziłem się chyba po południu. Wszystkie zegary w moim domu pomarły śmiercią naturalną, zakrwawionym bateriom urządziłem pogrzeb w przepełnionym śmietniku. W kuchni unosił się nieprzyjemny zapach zgnilizny. Podszedłem do okna. Musiała chyba przyjść wiosna, bo pomimo zacieków i kurzu na szybach dostrzegłem rozciągającą się przede mną zieleń. Uchyliłem lekko jedno skrzydło. Po twarzy pogładził mnie delikatnie wiosenny wiatr. Do uszu moich dotarł kojący śpiew ptaków. Poczułem niesamowitą błogość. Zamknąłem oczy, uniosłem się w zachwycie i opadłem na łóżko tak lekko i niepostrzeżenie, że musiałem szybko rozchylić powieki, żeby przekonać się, że nie unoszę się w powietrzu. Rozkołysałem się w tym podziwie dla świata...
Jeszcze raz spojrzałem na pole bitwy. Widok ten całkowicie sprowadził mnie na ziemię. Złudzenie szczęścia tak szybko pozbawiło mnie poczucia realizmu, że ponownie zrobiło mi się paskudnie źle. W mgnieniu oka przypomniałem sobie stan klinicznej śmierci motywacji i każdej wyższej czy niższej idei. Nie potrafiłem objąć, choć bardzo się starałem, tego cudu życia i piękna nadchodzących zmian, zmian niezwykle istotnych i potrzebnych. Poczułem zimny dreszcz na dłoniach i stopach. Twarde ostrze realizmu, a może jego zniekształcona i niewłaściwa interpretacja, przebiło mnie na wylot.
Znów stanął przede mną Mistrz nad Mistrzami, widziałem go teraz jeszcze wyraźniej niż zazwyczaj. Był moim Panem od bardzo dawna. Pojawiał się zawsze w momentach totalnego zapomnienia, zatracenia się w niemyśleniu i niedziałaniu. Zachodził mnie od tyłu, jak najgorszy zwyrodnialec, zasłaniał mi oczy ohydną łapą i trzymał mnie mocno, zgniatając jednocześnie krtań i serce. Potwornie się bałem. Powiedziałem sobie kiedyś, że niczego na świecie nie boję się tak jak Jego. W obliczu Jego wszechogarniającej siły znikały nocne mary, złośliwe duchy z czasów dzieciństwa, bandyci, złodzieje, mordercy - wszystko zdawało się niczym lub zgoła niepotrzebnym i mało znaczącym.
Na pewno stałem się bardziej pokorny, złagodniałem. Nabrałem szacunku do zdrowia i ogólnej kondycji. Przestałem pić, rzuciłem palenie, zapomniałem o psychoaktywnych duperelach. Chciałem się zmienić. Niestety niewiele to zmieniło. Mój Pan był silniejszy ode mnie.
Stał w tej chwili blisko mnie, wśród porzuconych szyszaków i hełmów. Wyglądał na zmęczonego, ale to wcale nie oznaczało, że dzisiaj daruje mi życie. Zieleń za oknem poszarzała okrutnie, pomarły odgłosy wiosny, a ptaki milczeniem wtórowały grozie. Powoli rodził się we mnie krzyk. Ostatni raz spojrzałem na Niego. Patrzył przez chwilę, żeby zaraz odwrócić się i odejść, zostawiając mnie samego na polu bitwy. Ten jeden raz oszczędził mi cierpień - odszedł.
Promienie słoneczne wpadały do pokoju. Siedziałem przy oknie, pijąc mate. Pole bitwy zniknęło. Porzucone książki wróciły na miejsce, ubrania powędrowały gdzie ich miejsce, zrobiło się jakoś czyściej i przyjemniej. Dopiłem herbatę, rzuciłem okiem na pokój i wyszedłem z mieszkania.
Na dworze było bardzo ciepło, o wiele cieplej niż u mnie w domu. Zieleń wydawała się być jeszcze bardziej zielenią, a ptaki, drzewa, kwiaty, nawet przechodzący obok mnie ludzie, wszystko zwiastowało zmiany. Dotarłem na przystanek. Zza rogu powoli wyłaniał się tramwaj. Szykowałem się do następnej podróży, być może ostatniej...
txt, graf: Dezyderiusz Nieuwikłany
dodaj komentarz
Będzie... ;)
czy można liczyc na ciąg dalszy??
to mate popijane w darowanym przez Mistrza życiu...gratuluje, swietnie uchwycone:)zresztą-całe opowiadanie niezgrorsze, troche się zastanawiam nad nim obecnie i przemyślę dalej, dzięki:)