facebook twitter LinkedIn

{czytanki}

30/08/2008

Baby-sitter...

kids...czyli 2 dni z życia Ma(r)tki Polki.
Poznań (piękny słoneczny dzień), godz.10.00 rano.
Jestem świadkiem pewnej rozmowy: -Witaj Marto, tu Malwina. Postanowiliśmy z Miłoszem odwiedzić starego druha. Potrzebna opiekunka do dwójki dzieciaków. (Prawie) od zaraz - na szczęście prawie robi wielką różnicę.

-Dobrze, przyjmuję zlecenie - rozpoznaje ze zdziwieniem swój zaspany głos. Klik odkładanej (nie na widełki) słuchawki. I moja głowa znów na poziomie poduszki.

Powyższa rozmowa zapoczątkowała niecodzienny bieg wydarzeń, który porwał mnie w samo swoje centrum na dwa długie dni i dwie nieprzespane noce. Plany (także te moich znajomych) mają to do siebie, że lubią się zmieniać, więc ląduję w domu Malwiny i Miłosza nieco wcześniej niż początkowo chcieli. Jest 1.00. Noc mamy cichą, piękną i bezchmurną. Widać wszystkie gwiazdy. W mieszkanku Malwiny i Miłosza kotłowanina - ostatni przegląd bagaży, znoszenie licznych tobołków do samochodu. Wreszcie trzaskają drzwi. Bye, bye Marta. Jak to się mówi, klamka zapadła. Tym razem bardzo dosłownie.

Chłopcy oczywiście śpią. Rozpakowuję więc bez pośpiechu swoje klamoty i wygodnie wyciągam się na świeżo pościelonej kanapie. Mija 2.00. Przewracam się niespokojnie z boku na bok, w tym wielkim, ciemnym pokoju. Zegar wybija trzecią, później czwartą, a ja coraz bardziej niespokojna nie mogę zmrużyć oka. Myśl, że już dawno powinnam spać dodatkowo człowieka nakręca...

Podnoszę powieki i napotykam wzrok pary niebieskich oczu. Ich właściciel to Makary lat prawie trzy. Uśmiecha się przyjaźnie. Ukradkiem zerkam w stronę TV. Myślę gorączkowo o planie na najbliższą godzinę - na "Baranka Shauna" jeszcze za wcześnie, ale może lecą już "Domisie" albo nawet "Teletubisie", a co mi tam. Ja w tym czasie pędem pod prysznic. Jak postanowiłam tak zrobiłam. W łazience spędziłam - do teraz nie wierzę - tylko 15 minut. Z zewnątrz dobiegły mnie śmiechy i bojowe okrzyki. Wstał już Maurycy (lat prawie pięć) i razem z Makarym zabawiali się w gwiezdne wojny. Poruszając się cały czas po linii ognia, udało mi się szczęśliwie dotransportować talerze ze śniadaniem. Gwiezdną poduszką oberwałam dopiero przy wnoszeniu herbaty. Cóż ryzyko, które trzeba wkalkulować w ten zawód. Trochę jak pilot oblatywacz... 

Tymczasem śniadanie zostało zmiecione ze stołu. W wypadku Maurycego prosto do pucołowatej buzi, w wypadku Makarego na dywanik i pobliskie krzesła. Ta parka to wyjątek potwierdzający regułę, że im dziecko starsze tym staranniej je. Sprzątaliśmy razem, czyli sprzątałam ja. Kiedy udało mi się zaprowadzić względny porządek wybiła 11.00!

kids

Wskakiwać w buty żołnierze! Foremki w ręce i do boju! Naprzód marsz!- wykrzykuje do moich dzielnych zuchów. Cel strategiczny numer jeden: Piotr&Paweł. Makary chce koniecznie wsiąść do długiego wózka - samochodu. Uff... na ten wehikuł powinni żądać dodatkowej kategorii, najlepiej N jak Nieporęczny albo Niebezpieczny dla Otoczenia. Wjazd do samego sklepu niefortunny - dwie osoby ranne. Mauryc w śmiech, uznał widać, że to niezły dowcip, ja przepraszam, a Makary naciska na pseudo klakson. Koniec końców w koszu ląduje bagietka, soki, jogurty - wszystko wg zasady: podstawowa metoda na głoda. Tak... i jeszcze te lizaki. Mam zdecydowanie za miękkie serce.

Przy kasie orientujemy się, że nic z tego, bo zapomnieliśmy o obiedzie. Znaczy się kurczak w sosie własnym czeka w lodówce, ale niestety brak zielonych dodatków. Malwina mówiła: albo kalafior, albo surówka koperkowa. Pada na kiszone ogórki. Obładowani siatkami żegnamy pojazd Makarego i kierujemy się do Ogródków Jordanowskich. Myślę sobie - no nareszcie trochę spokoju. W tym samym momencie Makary jakby w odpowiedzi rzecze:
-Siii... (nasz Makary, jak stwierdził Maurycy jeszcze "ni umi" mówić).

No pięknie, a tu jak na złość żadnego parku, żadnych krzaczków. Puszczamy się biegiem wzdłuż trasy.
-Jeszcze troszkę Makary - próbuję malca podnieść na duchu. Nagle dostrzegam je! Są tuż za pobliskim zakrętem! Piękne, choć niezbyt gęste poznańskie krzaczorki. Jeszcze nigdy ich widok nie wywołał u mnie takiej euforii jak dziś. Makary wynurza się roześmiany po kilku minutach. Pokazuje na coś za swoimi plecami.
-Yby... - woła. Rozglądam się gorączkowo na boki. Ach tak, to grzyby.
-Trujące, nie wolno ama. - tłumaczę cierpliwie w jego języku. Moja cierpliwość znika, gdy dostrzegam, że Maurycy zapadł się pod ziemię. Tego już za wiele. Biegniemy z Makarym do przodu. Dlaczego nie włączyliśmy wstecznego? Kobieca intuicja. Przed wejściem do kliniki stomatologii siedzi Maurycy z nowo przygruchaną koleżanką. Siedzą i dłubią razem w klombie kwiatów. Klaps musiał być, kilka cierpkich słów również...

plac_zabaw

I dotarliśmy do Ogródków Jordanowskich. A tam raj i pełnia szczęścia: piaskownice pełne złocistego piasku, wymyślne kolorowe drabinki, drewniane kolejki i samochody prawie jak prawdziwe. Zabawa, zgodnie z moimi oczekiwaniami przebiega spokojnie, prócz drobnych piaskownicowych konfliktów o miedzę. Długi pobyt na dworze sprawia, że wszyscy pałaszujemy obiad aż nam się uszy trzęsą. Po południu powtórka z rozrywki: spacer - Ogródki Jordanowskie - kolacja. Tutaj dochodzi obowiązkowy punkt programu - wieczorynka. Chłopcy śledzą z zapartym tchem losy bohaterów "Gadającej farmy", a ja przygotowuję kąpiel. Dużo wody, dużo gumowych kaczek, dużo piany...

Tym razem, gdy tylko zamykam oczy, błyskawicznie odpływam w objęcia Morfeusza. Następny dzień niby to podobny, ale obfitujący w różne inne ciekawe wydarzenia, jest materiałem na kolejną opowieść. Żywot Matki Polki jest, co prawda, bardzo wyczerpujący, ale przede wszystkim ciekawy i piękny. Co przyniesie nowy dzień? To pytanie sprawia, że nie rozumiem tych, którzy narzekają na monotonię codziennego wychowywania dzieci. Owszem jest to proces ciągnący się latami, wymaga więc morza cierpliwości i uwagi. Nie każdy to potrafi - i tu pole dla własnego rozwoju. Uważam, że "o zamknięciu w domu" mówią przede wszystkim te kobiety, które nie mając jeszcze własnych maluchów, próbują tłumaczyć w ten sposób swój egoizm. Pozwalając się porwać w wir pracy, pieniędzy, sławy, ryzykujemy utratę czegoś o wiele cenniejszego. Najpiękniejsze co spotyka rodziców to możliwość uczestnictwa we wszystkich aspektach rozwoju swojego dziecka. I siłą rzeczy asystując i pomagając mu dojrzewać sami ubogacamy się o nowe doznania, o wiele cenniejsze niż pozostałe. Na pracę też przecież przyjdzie czas.

txt. MAP

fot. red

facebook twitter LinkedIn
dodaj komentarz

dodaj komentarz

wpisz kod z obrazka
Przepisz kod z obrazka:
Twoje imię(*):
Adres email:
Komentarz(*):
 
  • September 19, 2008, 12:40 pm - nneka

    "kobiety, które nie mając jeszcze własnych maluchów, próbują tłumaczyć w ten sposób swój egoizm"
    "Na pracę też przecież przyjdzie czas."

    Bardzo dojrzałe i wcale nie skrajne zakończenie... :F
    Nie ma to jak oceniać ludzi nie znając ich osobistej sytuacji życiowej i jako argument zapodać stereotyp. Pozdrawiam :]

  • September 6, 2008, 11:52 pm - marla singer

    Tekst fajniutki, zakończenie trochę zbyt ostre.
    Widać, że autorka jest młodą osobą i nie zdaje sobie sprawy z koszów utrzymania takiego słodkiego brzdąca. Samo wynajęcie kawalerki w Poznaniu to już teraz ok. 1000zł + opłaty. Półroczne dziecko to wydatek 600zł miesięcznie (mleko, zupki, deserki, pieluchy, kosmetyki, wersje tańsze, nie licząc ciuszków i innych akcesoriów).
    Do tego za jakiś czas dojdzie przedszkole. W Poznaniu ceny wzrosły w publicznych do ponad 500zł, prywatne przedszkole o 700-1000zł (w Warszawie poniżej 1000zł trudno znaleźć). I tak trudno o miejsca w przedszkolach bo mamy wyż, więc zapisuje się malucha zanim rok skończy.
    Tak więc odwlekanie decyzji o dziecku nie musi być przejawem egoizmu.
    Po prostu szara rzeczywistość.
    Jak człowiek po studiach dostanie na dzień dobry 1200zł, to ledwo sam wyżyje...
    Takie życie:(

  • September 6, 2008, 10:27 pm - U:)

    Ciepełko w serduchu,uśmiech na twarzy/ Śledziłam każde słowo. To naprawdę wartościowy tekst! Super przesłanie. Widać, że nie musisz zmyślać, bo piszesz to, co czujesz. I to jest super! Pozdrawiam!

szukaj: